Mój punkt widzenia, albo Co mi wierci dziurę w głowie

Kiedyś sąsiad po opowiedzeniu przeze mnie czegoś, co mi się zdarzyło danego dnia zaczął mnie namawiać na pisanie bloga zatytuowanego “Mój punkt widzenia”. Nie mogłam się jakoś za to zabrać aż do momentu, kiedy to taka możliwość została mi że tak powiem podana na tacy. Początkowo można było napisać wpis zawierający 140 znaków. To się jednak zmieniło. Będę tu wyrzucać z siebie moje emocje. Będę pisać o tym, co mnie cieszy, co mnie śmieszy, co mnie wkur…denerwuje, co mnie dziwi, czego się boję. Jednym słowem będę tu wyrzucać z siebie to, co siedzi mi w głowie. Klawiatura wszystko wytrzyma. Czytelnicy… trudno powiedzieć. Na szczęście lektura mojego bloga nie jest obowiązkowa.

Ktoś nadal robi z mojego bloga śmietnik

Zaszufladkowany do: Uncategorized — danuaria at 10:22 pm on Poniedziałek, Sierpień 22, 2016

W zasadzie to jest wpis testowy i sprawdzam, czy będzie widoczny na stronie w zwykłej przeglądarce. Mam wrażenie, że tracę nad tym blogiem kontrolę.

Ktoś robi z mojego bloga śmietnik! Coś podobnego!

Zaszufladkowany do: Do Czytelników — danuaria at 11:02 pm on Wtorek, Lipiec 19, 2016

Wiem, że od jakiegoś czasu z blogami tutaj były problemy. Zajrzałam, żeby sprawdzić, czy uległo to zmianie. Owszem, uległo, ale wtedy okazało się, że ktoś w lutym i marcu tego roku dokonał na moim blogu kilku wpisów w języku angielskim. Kto tu śmiecił i po co, tego nie dowiem się prawdopodobnie nigdy. Oświadczam więc, że wciąż pamiętam hasło do mojego konta i wciąż jeszcze potrafię obsłużyć tę aplikację i dodać nowy wpis na moim blogu.
Pozdrawiam wszystkich i autora anglojęzycznych wpisów też.

Wpadłam tu na chwilę

Zaszufladkowany do: Do Czytelników — danuaria at 1:51 am on Sobota, Styczeń 7, 2012

http://danuaria.wordpress.com/

Od czasu do czasu tu zaglądam. Najpierw robiłam to raz w tygodniu a potem przestało być to takie ważne. Czasem dostaję pw np o treści - uwaga, tu cytat: “jesteś kurwom”.
Dzisiaj zajrzałam na dłużej, bo coś mnie zaintrygowało - wpisy w wątku, który był ostatnim wątkiem mojego autorstwa. Pomyślałam sobie - a może poczytam, co tam ludziska pisali - bo w sumie nigdy na ten wątek nie zajrzałam po jego rozpoczęciu. Jednak wątek zdążył już zniknąć, ale hm… długo był. ;) Dostaję też informacje o nowych wątkach na forum Senatu Klango, choć sama się z tego senatu wypisałam. Dziwne - co nie?
Zajrzałam sobie na forum Inne, podejrzałam co ciekawsze wątki, o czym aktualnie piszecie, pomyślałam sobie - ech, ktoś zapomniał o wklejeniu informacji dotyczących wyborów parlamentarnych, w tym nakładek do głosowania. Potem musiałam na jeden moment dołączyć do grupy, bo byłam ciekawa, czy zmienił się jakoś skład moderatorski. Nie zmienił się. Jutro cała ekipa zdziwi się, jak zobaczy dwie wiadomości, że dołączyłam a potem opuściłam grupę, hehehe.
I jeszcze jedno:
W listopadzie napisałam mail do osoby, która odpowiadała za klangoblog.net w sprawie eksportu mojego bloga do pliku. Nie będę perfidna. Nie opublikuję jego treści. Odpowiedzi nigdy nie dostałam. Tak więc ten blog będzie tu sobie wisiał aż do zniknięcia z przyczyn ode mnie niezależnych. Będę na swoim obecnym blogu nadal robić odnośniki do wpisów tutaj, jeśli będę powracać do jakiegoś poruszanego tutaj tematu.
Miałam napisać o tym na wordpressie, ale pomyślałam sobie, że po co mam tam wywlekać te sprawy.
Nadal nie żałuję tego, co zrobiłam 3 miesiące temu. Początkowo odczuwałam stratę i że coś się skończyło a teraz życie toczy się dalej, o czym można przeczytać pod linkiem na początku tego wpisu.

Uwaga czytelnicy!

Zaszufladkowany do: Do Czytelników — danuaria at 11:18 am on Sobota, Listopad 19, 2011

http://danuaria.wordpress.com/

Założyłam nowego bloga

Zaszufladkowany do: Do Czytelników — danuaria at 11:16 am on Sobota, Listopad 19, 2011

Nie było to łatwe. Nie umiałam tego zrobić sama. Chyba ze mną jest naprawdę źle. Adres bloga podam w kolejnym wpisie, tak, żeby był widoczny na samej górze.
Moim zdaniem prowadzenie tego bloga tam jest bardzo trudne. Ale może to ja się uwsteczniłam. Udało mi się tam umieścić wpis, ale np nie potrafię usunąć wpisu, który pojawił się tam automatycznie. Nie wiem, gdzie tworzy się kategorie, jak zarządza się blogrollem, cokolwiek tam chcę zrobić, zajmuje mi to masę czasu, ale mam co chciałam.
Jeszcze pozostała mi jedna, bardzo ważna rzecz.
No dobrze. Za chwilę będzie link.

Ten wpis jest już naprawdę wpisem ostatnim

Zaszufladkowany do: Do Czytelników — danuaria at 5:42 pm on Niedziela, Październik 16, 2011

Powiem tak:
Co napisałam, to napisałam i z tego się nie wycofam.
I żeby była jasność:
dla mnie istnieje różnica pomiędzy wyrażeniami:
“Dopóki serwery klango.net nie padną”
i
“Dopóki serwery klango.net nie zostaną zamknięte”.
Dla mnie to są dwie różne rzeczy.
Przy okazji dziękuję jednej z użytkowniczek, która napisała do mnie - cytuję:
“Nie rozumiem po co trzymałaś te informacje tak długo dla siebie. Może znalazłby się ktoś zaradniejszy od Was wszystkich.”
Wiem, że napisała mi to złośliwie. Na początku istnienia tej społeczności toczyłyśmy ze sobą prywatne wojny, ale nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie to było dla mnie ważne, co napisała.
Niestety wygląda na to, że nikt zaradniejszy się nie znalazł. Wystarczy zajrzeć na Typhlosa. Smutne. W odpowiedzi na propozycję dyskusji tylko lista życzeń i zażaleń.

Od tamtego dnia logowałam się jeszcze chyba ze 2 razy, żeby uporządkować swoje sprawy tutaj.
Odeszłam z senatu a także nie jestem już adminem Polskiej Społeczności Klango i dziwię się, że nikt mnie stamtąd nie wyrzucił albo chociażby nie odebrał mi uprawnień moderatora. No cóż. Zrobiłam to sama. Nie wiem, co zrobić z grupą Twórcy tematów dźwiękowych. Fora pal diabli, ale wszystkie informacje, które umieściłam na blogu tej grupy, to już inna sprawa. Może je tutaj przeniosę a potem…
Została jeszcze jedna rzecz, która nie pozwala mi na to, bym mogła ze spokojem wyrzucić bardzo daleko klucz do tych drzwi, którymi tak z hukiem trzasnęłam, mianowicie ten blog. To jest coś, co powoduje, że wciąż trzymam ten klucz w kieszeni.
Otóż chcę się stąd wyprowadzić.
Dowiedziałam się nawet, jak możnaby to zrobić eksportując blog do pliku, ale… na drodze stanęła przeszkoda nie do pokonania.
No nic to. Póki co jakoś mi się nie chce przeklejać po jednym wpisie albo ewentualnie zapisywać gdzieś po jednej stronie.
Długo też zastanawiałam się, czy zmienić formuę tego bloga, jeśli zacznę pisać gdzieindziej, jakie treści tam przenieść, czy może wszystko, czy coś wyrzucić. Nie chciałabym, żeby z tego zrobił się jakiś taki hm… blog o niewidzeniu.
Oczywiście jest nadal o czym pisać, bo przecież były wybory - pierwsze wybory z nakładkami dla niewidomych i dyskusja wokół tych nakładek, dzisiaj byłam na zakończeniu projektu PZN pt “Chopin dla niewidomych” no i jeszcze po drodze miałam parę głupich snów, no ale…
I muszę uporządkować jeszcze jedną rzecz:
http://shadymoon.info
Długo nie mogłam zrozumieć, o co chodzi pomysłodawcom a jak już zrozumiałam, to nie udało mi się przekonać do tego pomysłu innych. Niektórzy nawet mnie wyśmiali. Jeśli usunę swoje wpisy z tej kategorii, to już tam prawie nic nie zostanie.
Jeśli już przeprowadzę się z blogiem gdzieindziej, to z pewnością tych dwóch ostatnich wpisów tam nie będzie.
Puchata Miśka rzecz jasna nadal zaprasza na swój wątek
http://www.swinkimorskie.eu/forum/viewtopic.php?f=27&t=5479&hilit=mi%C5%9Bka
a ja - to się okaże.
Tak więc nie zdziwcie się za jakiś czas, jak zobaczycie jakieś komunikaty o nowych wpisach. To nie będą żadne nowe wpisy a jedynie zmiana kategorii niektórych wpisów. Ale to już nie dziś, bo mi się nie chce.
No to tyle ode mnie.
Nic nowego już tutaj nie przeczytacie. Jeśli w końcu zmienię adres tego bloga, to może o tym poinformuję a może nie poinformuję - kogo będę chciała, to poinformuję a potem to już wyrzucę ten klucz od drzwi do Klango tak daleko, żeby go już nigdy nie znaleźć.

Nadszedł już czas, żeby powiedzieć całą prawdę o Klango

Zaszufladkowany do: Do Czytelników — danuaria at 6:47 pm on Środa, Październik 5, 2011

Proszę państwa!
Dzisiaj dotarła do mnie pewna informacja, która spowodowała, że miarka się przebrała i nie zamierzam już dłużej milczeć na temat faktycznej sytuacji projektu Klango.
Otóż firma Simplito, która od strony programistycznej odpowiadała za ten projekt już dawno się od Klango odwróciła. W tej chwili pracuje nad bardziej opłacalnymi finansowo projektami. Nie wierzycie? Obejrzyjcie sobie stronę firmy Simplito.
Klango miało być projektem utrzymującym się z Klango Punktów, jednak ten pomysł nie wypalił z powodu bardzo ograniczonych możliwości ich zakupu. Jak zapewne wiecie, jeden z członków naszej społeczności próbował ułatwić ten dostęp, jednak firma Simplito skutecznie mu to uniemożliwiła.
W związku z niewielkimi przychodami z Klango Punktów pojawił się pomysł założenia fundacji, której celem byłoby opłacanie kogoś w firmie Simplito, żeby pracował dalej nad Klango. Jednak nie znalazł się nikt, kto znałby się na prowadzeniu fundacji.
Potem próbowałam nawiązać współpracę z fundacją Klucz, która to fundacja bardzo chciała nam pomóc pisząc jakiś projekt, który zasiliłby finansowo Klango. Jednak z tego też nic nie wyszło, gdyż firma Simplito okazała się niewiarygodna dla Fundacji Klucz, gdyż - tu cytat - “ta firma położyła już jeden projekt z radiowej Trójki”.
Niedawno pojawił się kolejny promyk nadziei - pojawił się w postaci jednego z byłych członków ekipy Klango, który swego czasu dużo dla Klango zrobił i dobrze zna ten program. Jednak dzisiaj dowiedziałam się, że ten człowiek również zrezygnował z powrotu do Simplito i wybrał pracę w innej firmie.
Proszę państwa!
Dla Klango nie ma już żadnej nadziei! Firma Simplito nie naprawi już nigdy dostępu do Youtube a ja ani nikt inny nie ma takiej wiedzy, która by na to pozwoliła.
Proszę państwa!
Dopóki serwery klango.net nie padną, (reszta zdania zdezaktualizowała się).
Zachęcam jednak do bojkotu serwisu klango.net
Nie logujcie się, nie piszcie na forach, po prostu sprawmy, żeby na klango.net nastąpiła cisza. Nie nakazuję Wam tego, ale o to Was jedynie proszę. Musimy jakoś zareagować na to, co się dzieje.
Oto bardzo użyteczny projekt rozsypuje się i obawiam się, że nic już się nie da zrobić. Ja też loguję się dzisiaj na Klango ostatni raz i to jest mój ostatni wpis na tym blogu.

Kongres Braille21 w Lipsku

Zaszufladkowany do: A co tam u mnie i u prosiaka, Z perspektywy czterech zmysłów — danuaria at 6:09 pm on Środa, Październik 5, 2011

Właściwie nie wiem, od czego zacząć, bo jest tego sporo.
Kongres miał tytuł “Braille21 - innowacje w brajlu w XXI wieku”. Trwał 3 dni
i przez te dni równolegle w pięciu salach odbywały się warsztaty i
prezentacje z sześciu grup tematycznych:
1. edukacja
2. kształcenie ustawiczne i zatrudnienie
3. badania i rozwój
4. poprawa dostępu do informacji
5. brajl jako element uniwersalnego projektowania
6. rola pisma Braille’a we włączaniu w niezależne życie.
To takie moje dowolne tłumaczenie.
Dwa wieczory siedziałam nad tym “rozkładem jazdy” i zaznaczałam sobie, na
które prezentacje czy warsztaty chcę chodzić. Momentami byłam rozdarta, bo
dwie interesujące mnie prezentacje odbywały się w dwóch różnych salach
jednocześnie.
Oprócz prezentacji były dwa wykłady dla wszystkich i dwa panele dyskusyjne.
Właściwie nie wiem, czy to były wykłady - nie wiem, jak na polski
przetłumaczyć słowo “keynote”. W każdym razie jeden z wykładów był o
nauczaniu i bibliotekach a właściwie jedna z pracownic biblioteki w
Waszynktonie opowiadała o sobie i swojej pracy. Drugi wykład miał tytuł
“Rola brajla w życiu głuchoniewidomych”. Miałam nie iść na ten wykład, ale
koleżanka mówi - idź idź - i poszłyśmy a tu się okazało, że głuchoniewidomy
facet migał a przy mikrofonie drugi stał i tłumaczył, co tamten miga a facet
w sposób interesujący opowiadał po prostu o swoim życiu. Najpierw był tylko
głuchy i chodził do głuchoniewidomych jako wolontariusz, bo był ciekawy
świata a potem gdy miał 30 lat stracił wzrok.
Były też panele dyskusyjne.
Pierwszy dotyczył dostępności głosowania i tutaj jako rekwizyt rozdano wszystkim niemieckie nakładki do
głosowania z 2009 roku.
Drugi panel dyskusyjny dotyczył znakowania opakowań leków i innych
produktów. Mówiono tam rzecz jasna o oznakowaniach leków, ale także dowiedziałam się, że np w Japonii jest stosowany system oznaczeń pozwalających odróżnić produkty zawierające alkochol od niezawierających alkocholu czy też mleko od nie mleka.
Oprócz tego drugiego dnia kongresu wręczano nagrodę “Braille21 Award”.
Nominację otrzymało 5 firm, które wdrożyły rozwiązanie wspierające brajla.
Wśród nich była nominowana jedna firma z Polski, ale nagrodę dostała jakaś szwecka
firma za wprowadzenie czegoś, co nazywa się portable embosser format. Za
chińskiego Boga nie wiem, czemu ma to służyć i w czym to jest lepsze od
programów dodawanych do brajlowskich drukarek. Idea niby jest taka, że
ktokolwiek cokolwiek przy pomocy tego czegoś przygotuje dokument w brajlu,
będzie mógł wydrukować ten dokument na dowolnej drukarce na świecie. Muszę
zgłębić ten temat, bo naprawdę nie rozumiem, o co w tej idei chodzi i czemu
to ma być takie dobre.
Oprócz wymienionych była firma, która robiła
ubrania i jakieś rzeczy typu czapki i plecaki z napisami brajlem a facet z
tej firmy no niestety nie umiał sprzedać swojego pomysłu. Czytał coś z nosem
w kartce i nic z tego nie rozumiałam. Na dodatek mieli do pokazania takie
fajne małe plecaczki z napisanymi brajlem imionami, takie jak ja lubię.
Chciałam nawet jeden kupić, ale nie były na sprzedaż. Za to wszyscy od tej
firmy dostali czapki z daszkiem z napisem w brajlu “Braille21 Leipzig 2011″.
I jeszcze jedno - w którymś momencie byłam rozdarta pomiędzy prezentację z metody nauczania brajla za pomocą systemu DAISY oraz prezentacji niewidomego sędziego, który opowiadał o swojej pracy. Miałam pójść na tę pierwszą prezentację, jednak poszłam na tę o brajlu w sądzie cywilnym. Zrobiłam to dlatego, że dzień
wcześniej gdy byłam na prezentacji pt “Książki w systemie DAISY z brajlem
skrótami” to jakaś niunia czytała swoją prezentację z kartki i to tak
dosłownie z tytułami rozdziałów i ich numerami, jak dziecko w szkole i tak
mnie zniechęciła do pójścia na prezentację pt “Nauka brajla przy pomocy
DAISY”, że zamiast tego poszłam na wykład tego niewidomego sędziego z
Niemiec. Były też dwie prezentacje, które bardzo mnie zaciekawiły, z resztą byłam ciekawa tego już wcześniej, gdy czytałam ich streszczenia w internecie. Rzecz dotyczyła pewnego systemu składającego się z takiego urządzenia imitującego długopis podłączonego do komputera lub komórki - niestety nie z systemem Symbian - za pomocą usb czy bluetoth i różnych mniejszych czy większych kawałków plastiku. Do końca chyba nie rozumiem działania tego systemu, ale wyobraźcie sobie, że macie prezentację składającą się z tekstu, który czytacie brajlem i różnych plików multimedialnych, które w trakcie takiej prezentacji trzeba otwierać. Tak więc na wydruku układacie te plastikowe karty w różnych miejscach tekstu i gdy do danej karty dochodzicie, pukacie w nią tym długopisem a wówczas w komputerze otwiera się to, co chcecie zaprezentować publiczności.
Jeśli chodzi o prezentacje, to część ludzi było widzących, część
niewidomych, niektórzy tylko mówili, niektórzy mieli slajdy, niektórzy
czytali z kartek - nawet brajlem - czego u nas chyba większość się krępuje.
Jedni czytali lepiej, drudzy gorzej jak ta za przeproszeniem niunia od
książek DAISY.
Zarejestrowałam się na 3 warsztaty i tutaj jestem trochę rozczarowana. Myślałam, że coś zobaczę, jakieś nowe metody a tym czasem było to jedynie takie gadanie, blablanie i wymiana doświadczeń. No może na warsztatach dotyczących nauczania nut osoby niewidome trochę się popsztykałam z prowadzącym je śpiewakiem, który te warsztaty prowadził. On następnego dnia miał śpiewać na koncercie. Zapytałam go, czy będzie śpiewał z pamięci czy z brajlowskich nut. Jak powinnam była się domyślić, śpiewak powiedział mi, że będzie śiewał z nut. Zapytałam go, czy się tego nie wstydzi, czy nie jest to dla niego wyróżnienie negatywne, powiedziałam, co ja o tym myślę i jak postępuję w chórze, że wolę się wyróżniać śpiewając z pamięci niż czytając nuty brajlem. On mi na to, że ma na ten temat inne zdanie, że nie ma czego się wstydzić, że skoro inni soliści śpiewają z nut, to niby czemu on ma tego nie robić.
Z trzecich warsztatów dotyczących konstruowania stanowisk pracy niewiele zrozumiałam, bo prowadził je taki Hindus, który mówił dużo, szybko i mało zrozumiale. Zrozumiałam z tego tylko tyle, że fundacja w której on pracuje przeprowadza badania rynku a potem szkoli klientów. Szkolenia komputerowe są długie i dokładne, np pokazuje się kursantom, jak naprawdę wygląda ekran komputera i że ostatnio są próby zatrudnienia niewidomych w piekarniach. Upewniłam się, czy dobrze go rozumiem. - W piekarniach? Tam, gdzie piecze się chleb?
Jak już pisałam - całej konferencji nie dało się ogarnąć, gdyż prezentacje i
warsztaty odbywały się w pięciu salach jednocześnie, więc chodziłam na to,
co interesowało mnie. Gdyby tak jeszcze oprócz mnie wysłać z Polski paru
nauczycieli i specjalistów z różnych uczelni, to dopiero byłby pełny obraz
tej konferencji.
Rozkład zajęć był taki:
Godzina zajęć, przerwa kawowa, półtorej godziny, przerwa na obiad, w trakcie
której można było też oglądać wystawę, znów półtorej godziny prezentacji,
przerwa kawowa i ostatnie półtorej godziny.
Ludzie wystawiali się z przeróżnymi rzeczami od tabliczek, dłutek, suwaków
do nauki brajla dla dzieci, rysownic i innych sprzętów znanych nam z nauki
geometrii poprzez książeczki dotykowe, inne książki z obrazkami, mapy,
atlasy aż do różnego rodzaju maszyn brajlowskich, notatników, drukarek i
linijek brajlowskich. Był nawet jeden fajny monitor przedstawiający cały
pulpit, ale błagam, nie pytajcie mnie, ile on miał pikseli czy czego tam, bo
już jeden kolega takie pytanie mi zadał a ja nie wiedziałam. Mogę tylko
powiedzieć, że ten monitor prezentował niejaki Gerhard Veber - notabene mój
były nauczyciel ze szkoły w Overbrook w 1989 roku, który wtedy uczył mnie
obsługi komputera a obecnie na uniwersytecie w Dreźnie m in przygotowuje
materiały dla niewidomych studentów.
Jakiś Hindus miał takie małe
liczydełka, białe laski cienkie jak patyczki bez rączki i metalowe ramki do
podpisywania się. Ktoś miał też takie dość niezwykłe breloczki do kluczy.
Kupiłam taki jeden jako ciekawostkę, bo miał na sobie z jednej strony
brajlowski sześciopunkt, na pozostałych ściankach tej kostki były jakieś
inne kombinacje brajlowskich punktów a dopiero teraz odkryłam, że to działa
trochę jak kostka Rubika. Składa się z trzech płaszczyzn, które niezależnie
obracają się wokół osi i w ten sposób można ułożyć każdy znak pisma
punktowego, bo to wygląda tak, że jest sześciopunkt na każdej z tych
czterech ścian kostki i w niektórych miejscach są kropki a w niektórych
dziurki i w ten sposób można pokazać daną literę.
Przepraszam, piszę trochę haotycznie, ale inaczej teraz nie potrafię.
Można było wysłać widokówkę z wypukłą grafiką. Stała tam maszyna i leżały
kartki, można było napisać tekst w brajlu i włożyć go do środka takiej
kartki a całość bibliotekarka wkładała do koperty i wysyłała na podany przez
nas adres.
Był jeszcze taki jeden facet, który starał się przedstawić pismo brajla nie
koniecznie za pomocą standardowych kropek. Były więc to albo kropki
większych rozmiarów albo jakieś takie kółka, kwadraty, różne klocki, nawet
miał na ścianie takie coś z sześciopunktami zrobionymi z żaróweczek. Gdy się
dotknęło żaróweczki palcem, wówczas się zapalała i w ten sposób można było
pokazywać widzącym litery. Wzięłyśmy nawet zrobiony przez niego alfabet
brajla nie za pomocą standardowych kropek, ale chyba wypukłych kwadracików.
Ktoś pytał mnie, czy można było poradzić sobie bez przewodnika.
Fakt, organizatorzy sobie zastrzegli, że osoby towarzyszące nie mogą
uczestniczyć w zajęciach na salach a jedynie oglądać wystawę i mają
zapewniony obiad każdego dnia, ale osoba, która była ze mną w końcu dostała
taki sam identyfikator jak ja i wszystkie materiały jak ja z wyjątkiem
programu w brajlu i na sali nikt jej nie sprawdzał, czy jest uczestnikiem,
czy osobą towarzyszącą. Sporo niewidomych było samych, kilka osób z psami
przewodnikami. Musiałabym koleżankę zapytać, ale słyszałam, że tam krążyli z
laskami i czasem czegoś szukali. Moja przewodniczka czasem jak ktoś się spóźnił, to
podchodziła i wskazywała takiej osobie krzesło, raz otworzyła okno, bo chyba
wszyscy byli niewidomi i nikt tego nie zauważył czy nie wiedział, gdzie jest
okno - no nie wiem - a może nie czuł takiej potrzeby.
Chyba kręciły się w holu jakieś osoby, które pomagały, nalewały kawę,
herbatę, przed wejściem do uniwersytetu gdzie była konferencja wisiał
wypukły plan tego budynku, wiadomo napisy po niemiecku.
Podłoga dobrze oznakowana jak u nas w metrze czy na dw Centralnym, kulki
przy schodach i jakieś linie prowadzące, tylko trzeba było wiedzieć, gdzie
prowadzą i chyba jeszcze kulki przy niektórych drzwiach i opisane toalety oraz końce poręczy przy schodach na każdym piętrze -
wiadomo, po niemiecku. Jakoś sobie ci niewidomi chyba radzili. Aż mi było
głupio, że ja jestem z osobą towarzyszącą.
Ten uniwersytet niby był bez barier, ale cały czas zachodzę w głowę, jak
radzą sobie osoby na wózkach, gdyż pomiędzy salami np Hs8 do Hs11 a częścią
gdzie były takie mniejsze sale trzeba było pokonać kilka par straszliwie
ciężkich drzwi.
W większości uczestnicy spali w trzech hotelach, do których codziennie
przychodził ktoś z organizatorów i przyprowadzał na uniwersytet i
odprowadzał, ale np na koncert i kolację drugiego dnia oraz po tej kolacji -
tu muszę dodać, że późno w nocy - nie było tego “pick-up serwisu” ale z tego
co wiem, nikt wtedy nie został sam. Wszyscy się jakoś podobierali. Nie wiem.
Nie integrowałyśmy się za bardzo z otoczeniem, no chyba że ktoś sam do nas
zagadał.
Na kolacji w restauracji na każdym stoliku było menu w brajlu chyba
specjalnie przygotowane na tę okazję, bo to były po prostu takie dwie zwykłe
kartki wydrukowane na drukarce i zszyte zszywką - wzięłam sobie takie jedno
na pamiątkę - no i część osób była zdziwiona, że niby taka słynna
restauracja a musieliśmy obsługiwać się sami.
Z tych osób które poznałyśmy większość stanowili nauczyciele lub
bibliotekarze, ale żaden z tych bibliotekarzy nie wypożyczał czytelnikom
książek tylko pracował - jak to się wyrażali - przy produkcji książek w
brajlu. Po prostu w większości przypadków wydawnictwo przygotowujące książki
dla niewidomych jest częścią biblioteki.
W naszym hotelu w którym spałyśmy pierwszego dnia doszło do zgrzytu.
Kiedy już jadłyśmy śniadanie, na stołówkę weszło trzech niewidomych panów.
Byli sami. Błąkali się po jadalni, macali po stołach a te Niemki kucharki
tylko się na nich gapiły. Moja przewodniczka w końcu nie wytrzymała, wstała
i im pomogła a nie było to proste, bo były tylko małe talerzyki i ona
biegała w tę i we wtę i im nosiła wszystko po kolei. Na szczęście drugiego
dnia już się z jakimiś ludźmi zapoznali i więcej nie widziałyśmy ich samych
a potem to już i te wredne niemry poczuły się w obowiązku.
Generalnie Niemcy to taki wredny naród. Kobieta będzie się siłować w pociągu
z ciężką torbą - żaden nie pomoże i jak widać w jadalni tak samo. Nie wiem,
jak ci niewidomi Niemcy radzą sobie w życiu. Pewnie tak, że jeśli potrzebują
pomocy, to załatwiają ją sobie z wyprzedzeniem.
Widziałam jedno skrzyżowanie z sygnalizacją dźwiękową. Przez wszystkie dni
zastanawiałam się, po co właściwie jest ta sygnalizacja, skoro bez względu
na to, czy światło jest czerwone czy zielone, stuka tak samo. Myślałam
sobie - może ta sygnalizacja jest tylko po to, żeby niewidomy wiedział,
gdzie jest w ogóle przejście dla pieszych.
Dopiero ostatniego dnia zobaczyłyśmy, gdzie jest przycisk do naciskania a
był on w takim miejscu, że nie spodziewałybyśmy się - na spodzie tego
takiego pudełka przyczepionego do słupka. Wtedy na zielonym świetle do
stukania dołączało się piszczenie.
Pasów ostrzegawczych nie zauważyłam, podjazdy dla wózków nie wszędzie. Z
resztą my poruszałyśmy się w obrębie starówki. Jak było w innych częściach
miasta - tego nie wiemy.
Widziałyśmy dworzec w Berlinie i w Lipsku. Nie zauważyłam tam żadnych
wyraźnych oznaczeń na krawędziach peronów czy linii prowadzących, ale za to
pociągi stają tam bliżej peronów niż np w Warszawie czy Krakowie i na każdym
peronie jest jeden tor a nie jak u nas dwa. Na dworcach czysto i duże
tablice informacyjne dobrze widoczne, w pociągu gdy dojeżdżał do jakiejś
dużej przesiadkowej stacji konduktor mówił, na jaki peron wjeżdżamy i w
jakich kierunkach odejdą najbliższe pociągi z którego peronu.
W tamtą stronę nie byłam przygotowana na słuchanie takich informacji, ale
potem wysłałam szybkiego smsa do Polski do koleżanki znającej niemiecki i
zapytałam ją, jak jest po niemiecku peron. Z powrotem mimo że nie znam
niemieckiego już umiałam usłyszeć, że jeśli facet podaje zbiegi słów:
miasto, peron, liczba, to już wiedziałam, o co chodzi.

Siedząc na tej konferencji rozumiałam co któreś słowo, ale przynajmniej nie
było nigdy tak, żebym całkiem nie wiedziała, o czym tam oni mówią. Z resztą
umówmy się - kilkanaście osób było aktywnych a podobno wszystkich
uczestników było ok 400. Przyjechali ze wszystkich kontynentów chyba tylko z
wyjątkiem Antarktydy. *smile* Z Polski to byłyśmy tylko my dwie i ludzie z
tej jednej firmy.
Jeszcze fajne było to, że gdy pierwszego dnia były czytane różne powitania
np od kanclerz Merkel czy innych takich, to nie było to takie pompatyczne i
poważne, na dodatek chyba wszyscy czytający te listy czytali je w brajlu a
na koniec każdy czytający dostawał czekoladkę i była z tego kupa śmiechu.

A moja przewodniczka?
Hm… Gdy się okazało, że jednak będzie wchodzić ze mną na wszystkie prezentacje, bo w końcu jak miała identyfikator, to nikt jej nie sprawdzał, czy jest uczestnikiem czy tylko przewodnikiem uczestnika, pojawił się kolejny problem - musiałam ją chociaż od czasu do czasu informować, o czym mówią na sali. Przewodniczka nie znała żadnego języka a na dodatek… hm… żyła trochę w swoim świecie. Codziennie po 10000 razy musiałam powtarzać jej, co robimy i w jakiej kolejności, w drodze na uniwersytet i do hotelu ciągle wchodziła do wszystkich sklepów po kolei tylko po to, żeby jęczeć, jakie wszystko drogie. Pierwszego dnia recepcjonista w hotelu się z nas śmiał, gdy mu tłumaczyłam, że ja nie widzę a ona nie mówi po angielsku. Śmiesznie bywało, gdy ktoś zwracał się do niej jako do widzącej w tej parze a ona mówiła do mnie - Danusia, ktoś coś do nas mówi.

Zaskoczyły mnie jeszcze dwie rzeczy.
Koncert w kościele św Tomasza, którego formua była dość dziwna - zaczynał się od tego, że dzwonił dzwonek jak na mszy i wszyscy wstawali, w trakcie koncertu jakaś kobieta coś długo mówiła i kończyła to słowem “amen” i wreszcie na koniec koncertu wszyscy wstali i odmówili chyba Ojcze nasz. Krzesła w kościele były składane jak w teatrze a na klęczniku przed każdym krzesłem leżała pusta koperta.
Druga rzecz, to było zwiedzanie miasta.
Na obiady i na to zwiedzanie każdy dostał bilety napisane zwykłym drukiem i brajlem. Przy obiadach gdy wchodziłyśmy na stołówkę, karteczki nam odbierano, natomiast przy tym zwiedzaniu nikt tego nie sprawdzał.
Na piesze zwiedzanie zgłosiło się może 6 osób a przyszło dwoje przewodników, bo spodziewali się 50 osób. Na dodatek jeden z tych przewodników, gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, zaczął mówić do nas łamaną polszczyzną. Tak też chciał do nas mówić cały czas, ale pozostała część tej niewielkiej grupki się wkurzyła, więc rozdzieliliśmy się. Jego koleżanka poszła zwiedzać z pozostałymi osobami a my chodziliśmy sobie w trójkę. Taki ekskluzywny spacerek. Moja towarzyszka przeszczęśliwa, że ktoś do niej mówi po polsku, ja też, bo nie musiałam wreszcie tłumaczyć. Starłam kurze ze wszystkich możliwych ornamentów na bramach i murach tego miasta.
Lipsk jest piękny i czuje się ten klimat starego miasta - grajkowie z akordeonami, targowisko, ogródki z piwem i takie tam. Moja przewodniczka porównała to miasto do Krakowa.
Kiedy już wracałam do domu z ciężkim plecakiem i bolącą nogą, która dokucza mi do tej pory, to płakałam ze szczęścia, że to już koniec, bo był to męczący wyjazd. Na szczęście oprócz tego, że był męczący, również był ciekawy.

Na kon….skiej pracują idioci

Zaszufladkowany do: Ludzie — danuaria at 9:27 pm on Wtorek, Październik 4, 2011

Coraz częściej się o tym przekonuję. Dzisiaj byłam świadkiem sytuacji, do skomentowania której brak mi słów. Nie dotyczyło to konkretnie instytucji, w której ja pracuję, ale to miejsce sąsiaduje z nami i w sumie hm… jak by to określić… tam też się niewidomych obsługuje.
Pracuje tam jedna osoba widząca, jedna niewidoma. Weszłam do nich na chwilę, żeby im pokazać coś, co przywiozłam z konferencji i co możnaby sprowadzić i sprzedawać lub zrobić to w łatwy sposób na miejscu i również sprzedawać. Osoba niewidoma pytała mnie o więcej szczegółów z tej konferencji, więc opowiadałam i kierowałam moje słowa do obu osób.
W pewnym momencie stało się coś, co mnie kompletnie zaskoczyło. Osoba widząca wyszła z pokoju wpół zdania chyba myśląc, że tego nie zauważyłam a następnie - o zgrozo! - zamknęła nas w tym pomieszczeniu na klucz! Że nas zamknęła, zorientowałam się w momencie, gdy chciałam wyjść z tego pokoju. Oburzona zawołałam - to (imię wykreślone) zamknęła nas na klucz! - Na co ona słysząc to otworzyła drzwi i oburzona moim zachowaniem odpowiedziała - zawsze zamykam (imię wykreślone) na klucz jak wychodzę, bo tu przecież są pieniądze.
Rozumiecie?! Widzący pracownik zamyka swojego niewidomego współpracownika na klucz gdy wychodzi z pokoju!
…………

Miśka jeszcze raz ma głos

Zaszufladkowany do: Miśka ma głos! — danuaria at 7:11 pm on Niedziela, Wrzesień 25, 2011

uIII! uIII! uIII!
To jeszcze raz ja, człowieki!
No więc jestem już w nowym miejscu. Jechałam tam straaaaasznie dłuuugo. Dużo dłużej, niż się jedzie do kujkuja - najpierw jedną wielką klatką na kołach
a potem jeszcze drugą wielką klatką na kołach. A potem wyszła do nas ta człowiek, do której moja mnie zawiozła. Szłyśmy, szłyśmy, szłyśmy… aż doszłyśmy
do miejsca, gdzie ta człowiek mieszka.
Wiecie, ta człowiek mieszka w dużo większej klatce niż moja i nie jest tam sama. Jest tam jeszcze druga człowiek, która jest jej mamą, jest tam wielkie
głośne zwierzę, które nazywa się pies a także inne zwierze - kot. Są też dwie myszki i chomik - to takie zwierza dużo mniejsze ode mnie i wreszcie - są
tam trzy hm… koleżanki.
Koleżanki? To się jeszcze okaże!
uIII! uIII! uIII!
Będę mieszkać w fajnej klatce. Większej niż ta u mojej człowiek. Ale najważniejsze, że jest tam i mój domek a w domku mój kocyk i moja miseczka i moje
poidełko i mój chodniczek przed klatką i moja kulka z sianem a nawet moja drabinka, do której wchodzę do klatki.
Na początku to nie wiedziałam, czy mam tam wejść, czy też nie, ale skoro wszystko w środku jest moje, to niby czemu nie.
A jeszcze powiem coś o moich trzech współlokatorkach a właściwie o jednej, bo pozostałe dwie nie dały się poznać.
Znaczy ja nie poznałam jeszcze żadnej z nich, ale moja człowiek już zdążyła się zapoznać z taką jedną. Nazywa się wiecie jak? Kropka. He he he! Kropka!!!
;) I moja człowiek od razu zaczęła się z nią miziać i lizać. Już jej nie lubię! ;) A te pozostałe mieszkają jeszcze w innej klatce i mają tak długie i trudne imiona, ;) że rzecz jasna ich nie zapamiętałam.
Ale pewnie chcę je poznać.
A może nie chcę ich poznać?
A może chcę je poznać? ;) Jeszcze nie wiem. Jak się dowiem, to Wam powiem. ;) No to żegnam Was ze świńskim pozdrowieniem.
uIII! uIII! uIII!

Następna strona »