Wpis okolicznościowy - Mikołaj
Już od 5 grudnia jak każde dziecko czekałam na prezenty. W Laskach Mikołaj przychodził do dzieci już 5 grudnia. W przedszkolu bywał jakoś po leżakowaniu, w internacie dziewcząt jakoś później, bywało nawet że już w czasie ciszy nocnej. Mikołaj w Laskach chodził w orszaku aniołów z dzwoneczkami które też czasem śpiewały. Rzecz jasna tymi aniołami były wychowawczynie i starsze dziewczyny.
Mikołaj wchodził, rozmawiał z każdą z nas i rozdawał paczki sam albo robiły to jego poprzebierane asystentki.
Pamiętam, że w starszakach dopadły mnie pierwsze wątpliwości co do prawdziwości Mikołaja. Siedzieliśmy wtedy wszyscy w bawialni, on wywoływał każdego po nazwisku, wywołany musiał chyba wstać i podejść do niego. Rozmawiali a na koniec wywołany dostawał paczkę.
Jedno z dzieci zostało zapytane gdzie mieszka. Gdy odpowiedziało, Mikołaj zapytał gdzie ta miejscowość jest. Gdy dziecko powiedziało mu, że koło Garwolina, Mikołaj odpowiedział - ooo, ja też stamtąd pochodzę.
Rodzice uciekali się do innych forteli. Tylko raz poprosili sąsiada, żeby przebrał się za Mikołaja. Normalnie było inaczej. Jedno z rodziców gdzieś wychodziło poczym wracało mówiąc, że Mikołaj zostawił coś na schodach. Innym razem rodzice prowadzili ze sobą taką rozmowę:
- Ty, stary! Widziałeś? O tam et ktoś poszedł. Stał tutaj, nachylił się, coś zostawił i poszedł.
- Tak? A gdzie? Nie widziałem.
Wracając do szkoły - takiego Mikołaja organizowała nam też nasza grupa opiekuńcza. Nie będę teraz tłumaczyć co to takiego jest. Przychodziły, jedna udawała Mikołaja i wręczały nam jakieś paczki ze słodyczami. Któregoś roku nawet były to małe ręcznie robione pudełeczka, innym razem każda do swojej paczki miała dołączony wierszyk o sobie.
Pamiętam też, że gdy byłam pierwszy rok w grupie drugiej i prawie wszystkie byłyśmy chore, każda miała do paczki doczepioną rózgę. Potraktowałam to bardzo serio i nie mogłam zrozumieć, za co spotkała nas taka niesprawiedliwość.
Oczywiście również jakieś drobiazgi dostawałyśmy w szkole na lekcjach a to od wychowawczyni a to od katechetki. Potem w starszych klasach robiliśmy prezenty sobie nawzajem. Pewnie większość wie o czym mówię. Każdy losował inną osobę i dla niej musiał przygotować prezent. Najgorzej miał ten, kto wylosował naszą wychowawczynię - siostrę B. Jednego roku obraziła się na nas, bo dostała od kogoś czterokolorowy długopis. Uznała, że ten prezent jest zbyt drogi. Wcześniej jedna z koleżanek zrobiła dla niej takiego buta na drutach i do środka włożyła cukierki. Siostra B chyba też nie była z tego zadowolona.
Gdy byłam dzieckiem, lubiłam dostawać przede Wszystkim zabawki. Zawsze w paczce była jakaś zabawka, owoce, orzechy i słodycze. Tymi się kompletnie nie interesowałam. Mogłyby dla mnie w ogóle nie istnieć.
Pamiętam, że w pierwszej klasie podstawówki byłam bardzo rozczarowana, gdyż w paczce znalazłam oprócz słodyczy gąbkę i płyn do kąpieli, na dodatek Mikołaj pod postacią dziewczyn z grupy opiekuńczej wręczył wyłącznie słodycze. Nie pamiętam już co z nimi robiłam.
W starszych klasach podstawówki przygotowywałyśmy drobne prezenty dla jednej z młodszych klas, któregoś roku jako grupa poszłyśmy z jakimiś drobiazgami do przedszkola a w ósmej klasie robiłam za Mikołaja w naszej grupie podopiecznej.
W liceum też robiłyśmy sobie prezenty, ale to chyba bardziej było związane z wigilią, bo jakoś to kojarzę z bliskim wyjazdem do domu, ale teraz nie mam pewności. Wydaje mi się, że w tej szkole 6 grudnia był po prostu zwykłym dniem, w którym nic szczególnego się nie działo. Podobnie z resztą było w Dniu Dziecka. Cóż - w tej szkole i w internacie nie było serdeczności tylko ciągłe wymagania.
Pamiętam, że na pierwszym roku studiów przygotowałam dla moich współlokatorek z pokoju jakieś drobiazgi. Wykonałam lalki z włóczki a do tego dołączyłam jakieś batony czy cukierki.
Kiedy pod koniec studiów przeprowadziłam się do akademika prowadzonego przez zakonnice, była tam tradycja, że siostry przygotowywały nam jakieś słodycze i kładły każdej pod drzwi. Jednego roku było inaczej. Coś im się ubzdurało, że muszą nas integrować na siłę. My nie bardzo się dawałyśmy, więc zamiast dać coś każdej postawiły w kuchniach na obu piętrach jakieś ciastka, soki i cośtam jeszcze i napisały, że musimy się zebrać i zjeść to wspólnie. Na drugim piętrze owszem dziewczyny się zebrały a my cóż - każda przyszła, wzięła sobie co tam chciała i miała generalnie w nosie zalecenia sióstr.
Ja dla niektórych dziewczyn z tego akademika robiłam jakieś drobiazgi, nie pamiętam, czy sama coś dostawałam.
Gdy moi bratankowie a potem siostrzeniec byli mali, odstawiałam cyrk z Mikołajem. Dzieci autentycznie się mnie bały. Są w domu zdięcia. Bardzo podobało mi się to zajęcie. Wchodziłam i mówiłam obniżonym głosem - dzień dobry, czy są tu jakieś dzieci? - Ten głos jeszcze dodatkowo zniekształcała broda z waty zakładana jakoś z tyłu na gumkę.
Potem gdy dzieci były większe i mogłyby mnie rozpoznać wychodziłam z domu i dzwoniłam dzwonkiem. Na mój znak wychodził ktoś z dorosłych i niby że rozmawiał ze mną. Ja dawałam mu wór zrobiony z poszwy na koudrę, w którym były prezenty dla wszystkich a po jakimś czasie sama wracałam.
Gdy już zaczęłam pracować, akurat 6 grudnia wypadał w piątek a ja miałam tego dnia drugą zmianę. Było nas na tej zmianie czworo - dwóch facetów lubiących jabłka i jedna babka lubiąca słodycze. Każdemu podrzuciłam coś na biurko. Nikt się nie domyślił że to ja. Potem już się nie bawiłam w Mikołaja.
Na koniec opowiem dość przykrą historię związaną z tym dniem.
Byłam wtedy w czwartej klasie podstawówki. Ja i dwie moje najlepsze koleżanki tego dnia nie byłyśmy w szkole z powodu choroby. Leżałyśmy w łóżkach i było nam nie powiem całkiem przyjemnie bo byłyśmy razem akurat we 3 ale nie było z nami aż tak źle, żebyśmy np nie mogły się w tych łóżkach bawić ze sobą. Od dziewczyn dowiedziałyśmy się, że siostra B na swojej lekcji rozdawała jakieś prezenty. Zaczepiłyśmy ją pytając kiedy i my dostaniemy. Tego dnia nic nie odpowiedziała.
Następnego dnia wezwała nas do siebie do pokoju. To co się tam stało zszokowało mnie.
Siostra B wzięła nas po to, by wyprawić nam kazanie. Oświadczyła nam, że nasze pytanie o prezenty było bardzo niegrzeczne, że nie mamy prawa dopominać się prezentów, że nikt nie ma obowiązku nam ich dawać i takie tam. Byłam w szoku. To mniej więcej tak, jakby mi ktoś powiedział, że w lecie wcale nie muszę mieć wakacji, że nie mam prawa się ich domagać lub jakiś temu podobny apsurd. Siostra B na nas krzyczała, ja płakałam. Z pewnością mówiła do nas długo, bo jej kazania zawsze były długie i czułam się jak jakiś przestępca.
Gdy już skoÅ„czyÅ‚a kazanie, wrÄ™czyÅ‚a nam… dzwoneczki. ByÅ‚am rozczarowana i mimo że już dokÅ‚adnie nie pamiÄ™tam co wtedy mówiÅ‚a, tego przykrego uczucia nie zapomnÄ™ nigdy.
Teraz nie czekam już na Mikołaja i sama też Mikołajem nie jestem a nieustanne kłapanie w radiu o tym jaki to dzisiaj dzień wręcz drażni mnie.