Mój punkt widzenia, albo Co mi wierci dziurę w głowie

Kiedyś sąsiad po opowiedzeniu przeze mnie czegoś, co mi się zdarzyło danego dnia zaczął mnie namawiać na pisanie bloga zatytuowanego “Mój punkt widzenia”. Nie mogłam się jakoś za to zabrać aż do momentu, kiedy to taka możliwość została mi że tak powiem podana na tacy. Początkowo można było napisać wpis zawierający 140 znaków. To się jednak zmieniło. Będę tu wyrzucać z siebie moje emocje. Będę pisać o tym, co mnie cieszy, co mnie śmieszy, co mnie wkur…denerwuje, co mnie dziwi, czego się boję. Jednym słowem będę tu wyrzucać z siebie to, co siedzi mi w głowie. Klawiatura wszystko wytrzyma. Czytelnicy… trudno powiedzieć. Na szczęście lektura mojego bloga nie jest obowiązkowa.

Anita Shreve - Druga miłość

Zaszufladkowany do: Recenzje — danuaria at 1:29 pm on Sobota, Lipiec 2, 2011

Książka obyczajowa, której akcja ma miejsce w bardzo urokliwym miejscu w górach. Spotyka się tam kilka osób, które wiele lat temu chodziły do tej samej szkoły. Jedna z nich prowadzi tam pensjonat a dwoje jej znajomych zamierza wziąć tam ślub. Na uroczystość są zaproszeni jeszcze inni koledzy z tej szkoły.
Co się tam wydarzyło? Jakie dawne sekrety ujrzały tam światło dzienne?
O, tego już nie powiem. Przeczytajcie, to się dowiecie.
Kiedyś przeczytałam inną książkę tej autorki pt Żona pilota. Również dobra, aczkolwiek poruszająca zupełnie inny problem. Również polecam.

Joanna Lustyk - Gwiazdy w ogrodzie

Zaszufladkowany do: Recenzje — danuaria at 1:24 pm on Sobota, Lipiec 2, 2011

Książka z serii tych, które określam mianem “sen wariata”.
Artysta malarz wynajmuje poddasze w pewnym domu na warszawskim Żoliborzu. Rodzina zamieszkująca ten dom z pozoru wydaje się zupełnie normalna: małżeństwo z dzieckiem i dziadkowie. Jednak to tylko pozory. Nasz artysta mieszkając w tym domu wplątuje się w jakąś nieprawdopodobną głupią historię, której nawet nie chce mi się opisywać, bo jest tak głupia. Jedyną zaletą jest to, że książka jest pełna dość nieoczekiwanych zwrotów akcji, które niestety są głupie i facet ciągle wpada w jakieś nieprawdopodobne tarapaty.
Nic więcej nie napiszę. Jeśli ktoś ma więcej poczucia humoru niż ja i dystans do takich rzeczy, to polecam mu tę książkę.

Henning Mankell - Zapora

Zaszufladkowany do: Recenzje — danuaria at 1:17 pm on Sobota, Lipiec 2, 2011

Jedna z serii książek o szweckim policjancie Kurcie Vallanderze, za którym chyba jednak nie przepadam. Jest taki ludzki aż do bólu. Mało w nim takiego prawdziwego policjanta, więcej ciapciusia-człowieka z jego słabościami. Jednak poza samą postacią policjanta książka bardzo dobra, do końca trzymająca w napięciu, gdyż dość niespodziewane rozwiązanie pojawia się dopiero w ostatniej chwili. Bardzo dobra na długą i nudną podróż.

Ryszard Kapuściński - Busz po polsku

Zaszufladkowany do: Recenzje — danuaria at 1:13 pm on Sobota, Lipiec 2, 2011

Zbiór reportarzy z Polski. Niektóre bardzo poruszające. Teraz już nie pamiętam tytułów, ale najbardziej poruszyły mnie dwa:
jeden był o dziewczynie, która posłużyła pewnemu artyście za model do figury Matki Boskiej a drugi o pewnej zakonnicy. Polecam.

Lesley Lokko - Świat u stóp

Zaszufladkowany do: Recenzje — danuaria at 1:11 pm on Sobota, Lipiec 2, 2011

Jeśli ktoś lubi długie książki obyczajowe, to ta książka jest właśnie dla niego.
Losy czterech kobiet, które jako nastolatki mieszkały w tym samym pokoju w internacie. Każda z nich wywodzi się z innego środowiska, losy każdej z nich potoczą się zupełnie inaczej, ale powody, dla których one wszystkie trafiły do szkoły z internatem są chyba podobne - brak uczucia ze strony rodziców. Mimo różnych ich losów zawsze gotowe są udzielić sobie nawzajem wsparcia.
Bardzo ciekawa książka - polecam.

Jan Lechoń - Dzienniki

Zaszufladkowany do: Recenzje — danuaria at 12:48 pm on Sobota, Lipiec 2, 2011

Pozycję tę odkryłam i zachwyciłam się nią podczas mojej pracy. Ot - jeszcze jedna książka, którą trzeba zaadaptować do systemu DAISY. Wiedziałam tylko tyle, że jest obszerna i dla “wyrobionych czytelników”. Nie wiem, czy książka ta nagrana do tej pory na taśmy magnetofonowe w ogóle była komuś wypożyczana - bo długa, bo wagowo ciężka, bo nie mieści się do jednego worka (to dla tych, którym wysyła się pocztą) i pewnie strasznie nudna. U nas w pracy był jeden człowiek - obecnie już na emeryturze - który próbował do tej książki zachęcać czytelników. Nie mogłam tego pojąć do czasu, aż mi samej wpadła w ręce.
Przeczytałam cały wstęp, bo często podczas mojej pracy czytam wstępy do książek - i poruszyła mnie ta tragiczna postać. Chyba mogę powiedzieć, że się z nim utożsamiam.
Jan Lechoń był wtedy na przymusowej emigracji, bardzo tęsknił i wyrzucał z siebie na papier to, co “siedziało” mu “w głowie”. Zupełnie jak ja. Myślę, że w jego czasach i w jego sytuacji może też pisałabym dziennik, jak on i… Hm…. myślę, że nie zakończę życia tak, jak on.
Nasze blogi/dzienniki wydają się być do siebie podobne. Lechoń pisał to, co “siedzi mu w głowie”, co “przeczytał/usłyszał”, “swoje poglądy na sprawy różne”, co udało mu się zrobić albo nie udało, jaki ma stosunek do swojej twórczości, gdzie był, co widział, pisał o innych ludziach, pisał “o tym, co mu się śni” i nie wiem co jeszcze, bo całego dziennika nie przeczytałam a jedynie podczytywałam niektóre “wpisy” i mogłabym tak czytać i czytać i pewnie kiedyś przeczytam. Ale zauważyłam, że jakoś tak intencje naszego pisania są podobne, tylko czas i okoliczności inne.
Jeśli ktoś lubi czytać cudze pamiętniki, to polecam.
W systemie DAISY dla internetowych będzie dostępny gdzieś w połowie lipca.

Kolejny koncert dla Zuzi

Zaszufladkowany do: Recenzje — danuaria at 1:10 pm on Sobota, Czerwiec 18, 2011

Ten koncert - jak pisałam wcześniej - odbył się przedwczoraj, ale dopiero dzisiaj mam siłę, żeby o tym napisać.
Koncert odbywał się w szkole muzycznej, w której pracuje osoba z “chóru kościelnego” nazywana kiedyś przeze mnie “studentką Anią” a obecnie rozpoznawana przez wszystkich jako “Ania-dyrygentka”. To tak, żeby ją odróżnić od innych Ań w chórze.
W koncercie brali udział uczniowie z tej szkoły a także chór ze szkoły muzycznej, do której swego czasu uczęszczała Ania - mama Zuzi.
Koncert rozpoczął zespół perkusyjny paradą brazylijskiej samby. Szli przez całą salę i tak walili w bębny, że można było ogłuchnąć. W pewnym momencie przeszli nawet koło mnie.
Następnie mama Zuzi powiedziała kilka słów. Potem wystąpił chór.
Po pierwszym utworze dyrygentka dużo mówiła m in o mamie Zuzi, że w tym chórze śpiewała i była uczennicą tej szkoły, że jeździła z nimi, zdobywała nagrody i takie tam. Żadnego rozczulania się, że “biedna niewidoma a taka dzielna”. Nie. Tu główną bohaterką była Zuzia.
Dalej to już dokładnej kolejności nie pamiętam. Na pewno śpiewała mama Zuzi, potem ktoś grał na gitarze, potem orkiestra wykonała dwa utwory a na koniec znów wystąpił zespół perkusyjny.
Na koniec mama Zuzi podziękowała wszystkim za występ a po koncercie były sprzedawane różne prace oraz płyty, ale tym płytom muszę poświęcić oddzielne wpisy.

Mama Zuzi na tym koncercie była zupełnie inna niż u nas w Tyflogalerii. Do nas mówiła takim smutnym głosem takiej typowej zahukanej wychowanki Lasek. Jest coś takiego w głosach niektórych młodych niewidomych kobiet z pokolenia młodszego niż moje, że są takie smutne, wyciszone, jakieś takie - nie umiem tego nazwać. No i pieśni śpiewała jakieś takie poważne. Natomiast tam w szkole muzycznej była zupełnie inna: mówiła mocnym głosem konferansjerki, szybko, bez zastanawiania się, energicznie, nawet piosenkę miała zupełnie inną. Zupełnie, jakbym słyszała dwie różne osoby.
Koncert mi się podobał, kupiłam płyty, ale jest rzecz, której muszę poświęcić osobny wpis.

Koncert dla Zuzi

Zaszufladkowany do: Recenzje — danuaria at 8:14 pm on Czwartek, Czerwiec 2, 2011

W związku z dzisiejszym koncertem, o którym już pisałam, zostałam dłużej w pracy.
Na koncert przyszło bardzo dużo osób. Sala była szczelnie wypełniona.
Koncert prowadziła koleżanka mamy zuzi (btw, współlokatorka jednej z koleżanek z pracy).
Na początku było kilka słów na temat Zuzi, potem wystąpiły różne osoby w jakiś sposób związane z mamą Zuzi a także ona sama. Tu dodam, że mama Zuzi Ania skończyła średnią szkołę muzyczną i studia na Uniwersytecie Muzycznym, śpiewa i gra na organach, ma taaaaki sopran, że ła!!!
Tak więc były osoby śpiewające, akompaniujące i jedna grająca na skrzypcach oraz dwie recytujące wiersze.
Ale może tak po kolei:
Najpierw śpiewał mąż naszej koleżanki z pracy, który w Laskach uczy gry na gitarze. Akompaniował mu inny były nauczyciel wychowania muzycznego znany mi dobrze z fantastycznych akompaniamentów podczas pewnych jasełek. Ten pan akompaniował także koleżance, z którą właściwie w Laskach się minęłam, bo kiedy ja poszłam do liceum, ona przyszła do Lasek do liceum masażu ze szkoły we Wrocławiu a teraz pracuje tam w bibliotece i ponoć śpiewa w jakimś chórze.
Pozostałym osobom akompaniowała jakaś pani, której imię i nazwisko nic mi nie mówi.
Myślę sobie, że początkowo ta pani musiała mieć straszliwego stresa, bo dziewczynka grająca na skrzypcach co prawda dawała z siebie wszystko, ale chyba w którymś momencie całkiem się już pogubiła. Potem śpiewała koleżanka JK, o której z pewnością wspominałam kiedyś przy okazji chóralnego jubileuszu. Naprawdę drżałam, czy dośpiewa swoją pieśń do końca. Coś ją dopadło i po raz pierwszy byłam świadkiem tego, jak profesjonalista walczy z tak poważną niedyspozycją głosową. A co ciekawe - w tej sytuacji miałam wrażenie, że im wyższy był dźwięk, tym łatwiej było ten dźwięk zaśpiewać. No ale czego się nie robi w takiej sytuacji.
Potem zaśpiewała Ania i ta bibliotekarka, ale o tym już pisałam. Jeszcze w międzyczasie jedna koleżanka recytowała swój własny wiersz a koleżanka z pracy recytowała jakiś inny wiersz - nie swój.
Na koniec śpiewała starsza koleżanka z Łodzi, która na ten cel przywiozła swoje płyty. Pieniądze z ich sprzedaży zostały przekazane także na rzecz Zuzi.
No i to w zasadzie było wszystko.
Po koncercie były sprzedawane właśnie te płyty a także różne pudełeczka i inne rzeczy wykonane z papieru techniką origami a także ciasteczka.
Te ciasteczka upiekła pacjentka organizatorki koncertu.
Ciasteczka były mmmmmm taaaaakie dobre i udekorowane ozdobami z lukru czy z czegoś tam. Ja jestem bardzo bardzo bardzo za takim smacznym zbieraniem pieniędzy. *smile* Są tak syte, że póki co z czterech otrzymanych zjadłam tylko dwa.
Rzuciłam jakiś pomysł, że mogłabym coś zrobić na drutach i dać na tę akcję, ale potem sobie pomyślałam - kurcze! Ale co?
Jedyne co mi przychodzi do głowy, to maskotki, ale trzeba je potem zszyć i czymś wypchać a ja już wyszłam z wprawy. Można jeszcze zrobić takie lalki z włóczki. Różnych resztek włóczki ci u mnie dostatek.
Wpadłam jednak na inny pomysł, ale ten pomysł to jest dobry przed świętami Bożego Narodzenia, ale czy jeszcze będą zbierać pieniądze do tego czasu?
W każdym razie cieszę się, że byłam na tym koncercie.

Jose Saramago - Miasto ślepców

Zaszufladkowany do: Recenzje — danuaria at 11:10 pm on Wtorek, Marzec 1, 2011

Jestem świeżo po lekturze i powoli się otrząsam.
Powiem tak:
To jest książka z tych, które określam mianem “sen wariata”.
Odebrałam tę książkę jako powieść dwówarstwową.
Ta wierzchnia warstwa, to fantazy z domieszką sensacji, ale jak się dobrze wgłębić, to między wierszami są różne wtręty autora natury filozoficznej i informacyjnej przy czym nie wszystkie podawane przez autora informacje są do końca prawdziwe a odniosłam wrażenie, że podane zostały w sposób bardzo autorytatywny.
Nie będę streszczać książki, bo treści w sumie jest niewiele. Z resztą moim zdaniem treści tej książki nie należy brać dosłownie. Autor opisuje zdarzenia z jakimś brakiem logiki, no bo jak wytłumaczyć fakt, że przy zaraźliwej ślepocie jedna osoba nie traci wzroku? Jak wytłumaczyć fakt, że w całej tej historii uczestniczy tylko jedno dziecko, reszta opisywanych tam osób, to ludzie dorośli.
Początkowo gdy to czytałam, byłam strasznie oburzona. Uważałam, że o takich rzeczach mógł pisać człowiek bardzo nieszczęśliwy a nawet chory, może zaślepiony nienawiścią do świata i ludzi. Potem dotarło do mnie, że to wszystko, to tylko symbole. Moim zdaniem nawet sama ślepota czy jej przyczyna jest tylko symbolem.
Kiedy czytałam tę część książki, w której bohaterowie przechodzili kwarantannę, przypominał mi się powtarzający się kilka razy koszmarny sen - idę do jakiejś szkoły, jestem umieszczona w internacie. W sali mieszka kilkadziesiąt osób różnej płci i wieku, jest jedna łazienka, w której wiecznie jest kolejka, dziury w podłodze i strasznie brudno. Wpadam nogą w taką dziurę a tam - no wiecie co. Błeeeee!
A potem przypominały mi się sceny z książki “Dzień Tryfidów” Johna Wynthama.
W książce ciekawe jest to, że bohaterowie są bezimienni. Każdy jest określany jakąś cechą charakterystyczną: dziewczyna w ciemnych okularach, zezowaty chłopiec, starzec z opaską na oku, lekarz, pierwszy ślepiec, niewidomy księgowy, herszt bandy, sierżant itd. Nie pada tam żadne imię. To tak, jakby narrator przyznawał się do tego, że owszem, wszystkich dobrze zna z widzenia, ale nigdy się do nich nie odezwał, nie spytał o imię a przecież oni rozmawiają ze sobą. Są ze sobą na ty, ale zwracając się do siebie nie wymieniają imion.
W książce padło stwierdzenie, że utrata wzroku zmienia zachowania u ludzi w stosunku do innych i w jakiś sposób próbuje to udowodnić. Np. w momencie odzyskania wzroku nagle kontakty stają się oficjalne, pacjent zaczyna tytułować swojego współtowarzysza “panie doktorze”.
Zakończenie książki bardzo mnie zaskoczyło, jednocześnie pozostawiło wiele niedomówień.

Jeszcze dodam, że w pracy ktoś miał obawy, że widzący po przeczytaniu tej książki wyrobią sobie o nas złe zdanie. Na moje tłumaczenia, że to nie jest taka sobie książeczka, po którą sięgnie każdy usłyszałam, że przecież można obejrzeć film.
Zgadzam się z tekstem zamieszczonym tutaj:
http://pochodnia.pzn.org.pl/artykul/92-miasto_lepc_w_nie_o_niewidomych.html
Jest tam mowa o proteście amerykańskiej organizacji skupiającej niewidomych, moim zdaniem mocno przesadzonym.
No i to chyba tyle.
Mimo wszystko polecam - przeczytajcie, ale pamiętajcie, że nie jest to milutka i leciutka książeczka na odstresowanie.

John Grisham - Testament

Zaszufladkowany do: Recenzje — danuaria at 4:23 pm on Niedziela, Styczeń 9, 2011

Przeczytałam niedawno tę książkę w ciągu kilku wieczorów a nawet nocy.
Czego tam nie ma - samobójstwo, duże pieniądze, kulisy pracy prawników, podróż pełna przygód, wielkie uczucie, nawrócenie i zaskakujące zakończenie.
To tak w skrócie. Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej, po prostu sięgnijcie po tę książkę. Taka zajmująca lektura na zimowe wieczory. Polecam.

Następna strona »