Jestem świeżo po lekturze i powoli się otrząsam.
Powiem tak:
To jest książka z tych, które określam mianem “sen wariata”.
Odebrałam tę książkę jako powieść dwówarstwową.
Ta wierzchnia warstwa, to fantazy z domieszką sensacji, ale jak się dobrze wgłębić, to między wierszami są różne wtręty autora natury filozoficznej i informacyjnej przy czym nie wszystkie podawane przez autora informacje są do końca prawdziwe a odniosłam wrażenie, że podane zostały w sposób bardzo autorytatywny.
Nie będę streszczać książki, bo treści w sumie jest niewiele. Z resztą moim zdaniem treści tej książki nie należy brać dosłownie. Autor opisuje zdarzenia z jakimś brakiem logiki, no bo jak wytłumaczyć fakt, że przy zaraźliwej ślepocie jedna osoba nie traci wzroku? Jak wytłumaczyć fakt, że w całej tej historii uczestniczy tylko jedno dziecko, reszta opisywanych tam osób, to ludzie dorośli.
Początkowo gdy to czytałam, byłam strasznie oburzona. Uważałam, że o takich rzeczach mógł pisać człowiek bardzo nieszczęśliwy a nawet chory, może zaślepiony nienawiścią do świata i ludzi. Potem dotarło do mnie, że to wszystko, to tylko symbole. Moim zdaniem nawet sama ślepota czy jej przyczyna jest tylko symbolem.
Kiedy czytałam tę część książki, w której bohaterowie przechodzili kwarantannę, przypominał mi się powtarzający się kilka razy koszmarny sen - idę do jakiejś szkoły, jestem umieszczona w internacie. W sali mieszka kilkadziesiąt osób różnej płci i wieku, jest jedna łazienka, w której wiecznie jest kolejka, dziury w podłodze i strasznie brudno. Wpadam nogą w taką dziurę a tam - no wiecie co. Błeeeee!
A potem przypominały mi się sceny z książki “Dzień Tryfidów” Johna Wynthama.
W książce ciekawe jest to, że bohaterowie są bezimienni. Każdy jest określany jakąś cechą charakterystyczną: dziewczyna w ciemnych okularach, zezowaty chłopiec, starzec z opaską na oku, lekarz, pierwszy ślepiec, niewidomy księgowy, herszt bandy, sierżant itd. Nie pada tam żadne imię. To tak, jakby narrator przyznawał się do tego, że owszem, wszystkich dobrze zna z widzenia, ale nigdy się do nich nie odezwał, nie spytał o imię a przecież oni rozmawiają ze sobą. Są ze sobą na ty, ale zwracając się do siebie nie wymieniają imion.
W książce padło stwierdzenie, że utrata wzroku zmienia zachowania u ludzi w stosunku do innych i w jakiś sposób próbuje to udowodnić. Np. w momencie odzyskania wzroku nagle kontakty stają się oficjalne, pacjent zaczyna tytułować swojego współtowarzysza “panie doktorze”.
Zakończenie książki bardzo mnie zaskoczyło, jednocześnie pozostawiło wiele niedomówień.
Jeszcze dodam, że w pracy ktoś miał obawy, że widzący po przeczytaniu tej książki wyrobią sobie o nas złe zdanie. Na moje tłumaczenia, że to nie jest taka sobie książeczka, po którą sięgnie każdy usłyszałam, że przecież można obejrzeć film.
Zgadzam się z tekstem zamieszczonym tutaj:
http://pochodnia.pzn.org.pl/artykul/92-miasto_lepc_w_nie_o_niewidomych.html
Jest tam mowa o proteście amerykańskiej organizacji skupiającej niewidomych, moim zdaniem mocno przesadzonym.
No i to chyba tyle.
Mimo wszystko polecam - przeczytajcie, ale pamiętajcie, że nie jest to milutka i leciutka książeczka na odstresowanie.